• RSS
  • Delicious
  • Facebook
  • Twitter

Wiosenna wędrówka OMP do Trzebnicy

Autor: Anna Mazurek Maj - 13 - 2016 0 Komentarzy

W ramach kwietniowej wędrówki wrocławskie Ognisko Młodych Przewodniczek św. Józefiny Bakhity zawitało na Wzgórza Trzebnickie. Na pierwszy wieczór zostało zaplanowane radosne i bardzo twórcze „nic”, czyli rozmowy, integracja i generalnie nakręcanie dobrego klimatu wyjazdu. Dopiero w sobotę rano się skompletowałyśmy, wtedy więc mogłyśmy zacząć działać – w pełnym tego słowa znaczeniu. Po śniadaniu i porannej mszy świętej pomagałyśmy ss. Boromeuszkom, u których nocowałyśmy, odeprzeć szturm pielgrzymów na klasztor. Trzeba było przygotować nakrycia na stoły, a w miarę jak pojawiali się ludzie, wydawać im herbatę i zupę. Dzięki temu same przy okazji zasłużyłyśmy na ciepły posiłek w postaci kapuśniaku. A kiedy siedziałyśmy w kuchni, pojawiały się w niej i znikały kolejne siostry: bardzo pozytywne i serdeczne postacie, które oprócz tego, że razem z nami uwijały się przy obsłudze pielgrzymów, poopowiadały nam trochę o trzebnickim szlaku świętej Jadwigi. Rozwiązały też naszą zagadkę dnia, wyjaśniając, kim są Marianki, których najazd zapowiedział tego dnia rano ksiądz w kazaniu.

Po skończonej służbie miałyśmy wyruszyć na naszą wędrówkową trasę. Problem polegał na tym, że mapa była nieogarnięta. Szukałyśmy się na mapie wiele razy, a tylko w niewielkim odsetku przypadków byłyśmy – powiedzmy – „pewne” naszej lokalizacji 😀

W każdym razie szło się miło, tym bardziej że bagaż był niewielki, a w planach miałyśmy jeszcze obiad na ogniu. Po drodze miałyśmy okazję skonfrontować się z mieszkańcami Trzebnicy. Hm… brzmi to jak określenie wielkiej bitwy, ale to bardziej nasze mózgi toczyły ciężki bój na poglądy: grzecznie się nie odzywając, starałyśmy się jak najszybciej ruszyć w dalszą trasę 😉

Ważniejsze chyba jest jednak to, że przyroda była tam taka cudowna, że nie dało się nie zachwycać. Jedne kwiatki, drugie kwiatki, las… Poza tym magnolie na ogródkach, drzewa i… wszystko.

Przy gotowaniu obiadu okazało się, że

– warto zainwestować 2 zł więcej w normalny makaron albo

– nie warto gotować makaronu na wodzie gazowanej.

Nie wiem, który z tych elementów przesądził o formie naszego posiłku, ale przygotowałyśmy sobie ciapajkę. Nie wspominajmy o tym, że miał to być wymarzony makaron z warzywami, który chyba każda z nas sobie zwizualizowała. Ale cóż, pozytywne nastroje nas nie opuszczały, a to najważniejsze 🙂

Kontynuowałyśmy naszą wędrówkę lasem i wkrótce zamknęłyśmy pętlę, i wróciłyśmy do miasta. Tuż przy wyjściu na ulicę świat pokazał nam, że nie warto krakać, bo on to lubi, a bez prawa Murphy’ego życie byłoby nudne – wywoływany przez jedną z nas tego dnia wielokrotnie fizyk objawił się jako człowiek z krwi i kości w najmniej spodziewanym momencie 😉 Wtedy też (i bardzo dobrze, że dopiero wtedy) pogoda trochę się popsuła. Ostatni odcinek dzielący nas od klasztoru przebyłyśmy w deszczu.

Kiedy już byłyśmy suche w cieplutkim pokoju, padło pytanie: „co dalej?”. Otóż pora jakoś przerażająco wczesna nie była, a w planach miałyśmy dużo: dwie konferencje, kolację, świeczysko i wymyślanie twórczych pytań na „Speed dating z HR-kami” – planowane przez nasze ognisko spotkanie, które ma nam pomóc w lepszym i bardziej świadomym wyborze matki drogi. Ale jak to? My mamy nie dać rady?

Przystąpiłyśmy zatem do przygotowywania kolacji, a po niej do konferencji. Jedna z nich dotyczyła aniołów stróżów i choć miała być krótka, to nieco przeciągnęła się w czasie. Druga natomiast stanowiła kwintesencję przemyśleń o komunikacji. A że historia lubi się powtarzać… na wymyślenie scenek nie zostało nam za dużo czasu.

W końcu jednak i to nam się udało. Nadeszło długo oczekiwane – przynajmniej przez niektóre zielone jednostki, przebywające od września na odwyku od drużyny 😉 – świeczysko. Plan dnia został więc zrealizowany w 100%. Skróciłyśmy je jednak maksymalnie. Dlaczego? Bo o 7.00 miałyśmy być na mszy. Ale, ale – żeby czasem nie było zbyt leniwie… o 6.30 miałyśmy zejść do kaplicy, żeby przećwiczyć czytania. Nie dziwi więc, że jakoś tak nie miałyśmy wielkiej ochoty siedzieć do późna. Co jak co, ale przytomność umysłu jest dość ważna 😉

Rano udało nam się wywlec ze śpiworków, choć łatwo nie było. Po mszy pożegnałyśmy się z s. Pauliną, która nas przyjęła i przez ten weekend się nami zajmowała (czy też, jak kto woli, koordynowała nasze klasztorne przedsięwzięcie i pomagała, kiedy było trzeba). W końcu poszłyśmy jednak na – w pełni zasłużone – śniadanie.

Na koniec wędrówki postanowiłyśmy jeszcze odwiedzić św. Jadwigę (czego, będąc w Trzebnicy, nie można nie zrobić), a resztę czasu pozostałego do odjazdu pociągu spędziłyśmy w kawiarni. Podsumowując: zdecydowanie nie był to weekend zmarnowany – z nowym powerkiem mogłyśmy wrócić do codzienności.

 

Marta Szubert

DSC02236 DSC02239