Ojciec Paweł, Pieseł i Narnia

czyli poradnik jak wędrować ze Szklarskiej do Karpacza.

1Wkraczam, dosłownie wkraczam na dworzec razem z Hanią. Z takim porządnym plecakiem się nie wchodzi, tylko wkracza. Tak jest i kropka. Widzimy Maję, szefową ogniska, czekającą na nas jak każdy umówiony na dworcu człowiek „pod zegarem”.

Coraz bliżej godziny zero. Gdzie jest Hanka? Czy znowu wbiegnie na peron w ostatniej chwili? Napięcie rośnie… Palce nerwowo zaciskamy na telefonach, paskach od plecaków, zagryzamy wargi… I nagle!
– Cześć! Już jestem! – słychać westchnienia ulgi. Parę kroków na peron, przedział rowerowy, gwizdek… WĘDRÓWKA – START! 😀

Po spokojnej podróży z przesiadką, wysiadłyśmy w Szklarskiej Porębie. Zmrok już zapadł, wyciągnęłyśmy więc mapę i latarkę, i w drogę! Czekał na nas nocleg u ojców Franciszkanów. Z dotarciem nie było większych problemów, jedynym minusem było to, że zorientowałam się o braku mojego telefonu, który nieszczęśliwie zostawiłam w pociągu 🙁

Na miejscu poznałyśmy ojca Pawła, który przygotował nam raj – salkę z GRZEJNIKIEM. Tak, dobrze przeczytaliście. Dla nas było to niesamowite! Ojciec szybko okazał się szalenie sympatyczny i wesoły, od razu zainteresował się trasą naszej wędrówki i radził. Rozbawiło nas to, jak bardzo chciał nam pomóc. „Jakby coś się działo to dzwońcie, przyjadę!” Jednak muszę przyznać, że jego wskazówki były naprawdę cenne! Gdy się rozlokowałyśmy przyszedł czas na kolację i zaraz po niej coś w rodzaju gry o św. Teresce. Hania bardzo pozytywnie nas zaskoczyła karteczkami z informacjami ukrytymi w kawałkach ciasta. Gra szybko przerodziła się w kalambury, od czego dwa kroki dzieliły nas do zabaw. Ogółem wesoło 😀 Wkrótce jednak poszłyśmy spać, bo następny dzień miał być ciężki.

12

Wstałyśmy rano o 6, żeby zdążyć odmówić Jutrznię. Chwilę przed 7 przyszedł po nas ojciec Paweł i razem wybraliśmy się do kościoła na poranną Mszę. Muszę przyznać – wiało. Opatuliłam się cała i nadal nie było ciepło. Po Mszy zjadłyśmy śniadanie i korzystając z pomocy ojca wpakowałyśmy plecaki do samochodu. Obiecał podwieźć nas w okolice wodospadu Kamieńczyka. Przypomniały nam się od razu słowa Mai: „Zminimalizujcie ilość zabranych rzeczy! Nie będzie żadnego księdza z samochodem!”. Śmiałyśmy się, że jednak nie miała racji 🙂

Wędrówka zaczęła się na parkingu nieopodal szlaku. Pożegnałyśmy się z ojcem Pawłem, którego zdążyłyśmy już polubić, zarzuciłyśmy plecaki i ruszyłyśmy przed siebie. Dojście do Kamieńczyka pokazało, że idąc pod górę z ciężarem wcale nie jest zimno. Zrzuciłyśmy niepotrzebne kurtki
i śpiewając (okazało się, że jest to możliwe) doszłyśmy do schroniska pod Szrenicą. Tam miała zapaść decyzja czy idziemy krótszą czy dłuższą trasą. Każda spojrzała sobie w oczy z pytaniem „Czy damy radę?”. W końcu, po obejrzeniu parokrotnie mapy postanowiłyśmy porwać się, jak to szalone przewodniczki, na porządną trasę. Klamka zapadła, do dzieła!

Ominęłyśmy Szrenicę, kolejkę górską (która mogła być opcją awaryjną na powrót) i przyszedł czas na różaniec. Na szlaku odmawia się go zupełnie inaczej! To był długi odcinek drogi. Miałyśmy jednak szczęście – szłyśmy w stronę pięknego, błękitnego nieba. Aż chciało się wędrować! Na wysokości Szklarskiej Poręby nie było widać, że jest taka piękna pogoda. Hanka stwierdziła, że Słońce zawsze świeci, tylko trzeba patrzeć z odpowiedniego poziomu. Widoki były cudne, roślinności mało i nawet trochę śniegu. Oczywiście każda musiała go dotknąć 😀 Próbowałyśmy witać się z innymi turystami po czesku, gdyż szłyśmy wzdłuż granicy i pojawiało się już więcej Czechów niż Polaków. Skupiska małych choinek wyglądały jak plamy na tle góry, odległe szczyty wystające ponad chmury przypominały wyspy na morzu. Tylko wsiąść do łódki i popłynąć! Goniła nas chmura, dlatego cieszyłyśmy się, że nie idziemy w odwrotną stronę. Świat, który zostawiałyśmy za sobą wydawał się bardziej ponury od tego, do którego zdążałyśmy. Mnie sił dodawała myśl, że najbliższym postojem miała być wieża telewizyjna, Hania spełniała się w roli fotografa, Hanka radośnie wykrzykiwała „dobrý den” do każdej napotkanej osoby w celach eksperymentalnych i razem wesoło nam się szło.
Chwila na przekąszenie kanapek także była cenna. Posiliłyśmy się, obserwując całą masę psów biegających dookoła. Były tam nawet jamniki! Na takiej wysokości! Po wyruszeniu minęłyśmy Śnieżne Kotły i zaraz dostałyśmy telefon od zatroskanego ojca Pawła. Postanowiłyśmy wysłać mu kartkę jak dotrzemy do celu, żeby wiedział, że nam się udało. To miał być odcinek drogi na dotarcie do naszego obiadu w schronisku Odrodzenie. Dla nas w sumie dosłownie. Plecaki zaczęły ciążyć, nogi zaczęły boleć. Ale jak tu o tym myśleć kiedy jest się w górach? Gdy tak idąc rozmawiałyśmy, nagle, ni stąd, ni zowąd, pojawił się pieseł! Tak, właśnie on, we własnej osobie (może we własnej skórze). Zachwycona Maja od razu zarzuciła pomysł, jak to każdy wierny fan, zrobienia sobie z nim zdjęcia. My, onieśmielone, w końcu się przekonałyśmy. Właściciel szybko się zgodził i teraz możemy się poszczycić piękną fotą 😀 Szczęście Mai trudne jest do opisania 😀

piesel
Z nową energią udało nam się w końcu dotrzeć do schroniska. Przygotowałyśmy sobie gorącą czekoladę, zamówiłyśmy pierogi i naleśniki, kupiłyśmy pocztówkę i zaczęłyśmy szacować ile mamy czasu na dojście do Karpacza. Nie było go dużo. Szczerze mówiąc, było go za mało wg czasomierzy na mapie. No ale, przecież możemy pójść szybciej! Taki był plan.

Wykonanie go wyglądało nie tak, jak miało. Szlak okazał się być błotnisty. Niby co to dla nas po Normandii, ale czas nie był łaskawy. Droga trudna, a my zmęczone. Cóż, harcerka uśmiecha się i śpiewa w kłopotach, więc Hanka nie omieszkała wymyślić nowych tekstów odnośnie sytuacji w której się znalazłyśmy do znanych melodii. Wkrótce zaczęło się ściemniać, a skał Pielgrzymów, które miałyśmy mijać ani widu, ani słychu. Doszłyśmy do wniosku, że nie ma co szukać skał, rozejrzyjmy się lepiej za szafą. To musi być przecież Narnia! Powinnyśmy już dawno dojść. Ostatecznie udało nam się dotrzeć na skrzyżowanie szlaków niedaleko Pielgrzymów,
a następnie do upragnionej polany, jednak stamtąd nadal było daleko. Było już zdecydowanie za późno żeby zdążyć na autobus, więc liczyłyśmy na plan B – następny autobus. Wyjęłyśmy latarki, wzięłyśmy się w garść i odważnie weszłyśmy w mrok lasu. Z miejsca, w którym byłyśmy widać było Śnieżkę 🙂 Wszystkie byłyśmy już naprawdę zmęczone, 8 godzin w górach daje w kość. Trzeba jednak iść! Wypatrywałyśmy lampy (każdy kto czytał Opowieści z Narnii wie, że niedaleko szafy znajdowała się lampa), bo znów droga nam się dłużyła. Nogi szły już mechanicznie i dla mnie była czymś dziwnym myśl, że kiedyś gdzieś dojdę i nie będę już musiała nimi ruszać. Było to dość abstrakcyjne. I możecie wierzyć lub nie, ale ujrzałyśmy w ciemności lampę. Samą, jedną, daleko wśród drzew, kawałek przed nami, po prawej. Myślimy: „Kurczę, jest wyjście!” Po chwili jednak jakby zapadła się pod ziemię! Patrzymy za siebie, przed siebie i nic.
– Dziewczyny, wiem co się stało. Gdy tylko ją zobaczyłyśmy, trzeba było biec na oślep, przez las! Teraz już okazja minęła, lampa zniknęła i nigdy stąd nie wyjdziemy…

Wkrótce jednak zobaczyłyśmy światła przy szosie, a potem jeszcze trochę więcej świateł
i jeszcze trochę i już byłyśmy w Karpaczu. Wczołgałyśmy się resztkami sił na przystanek. Po szybkiej rozkminie z kierowcą taksówki gdzie opłaca się iść a gdzie zostać i jeszcze chwili oczekiwania, autobus przyjechał. Zapakowałyśmy się i nogi prawie nam odpadły. Jednak miałyśmy jeszcze dość sił posłuchać konferencji Mai o emocjach i uczuciach, szczególnie, że temat jest zawsze na rzeczy, a Maja mówiła ciekawie. Godzina światła też nie została zapomniana. Ostatecznie zapadła pomiędzy nami cisza, która oznaczała, że czas na odpoczynek. W pobliżu Wrocławia Maja mile nas zaskoczyła, gdyż udało jej się załatwić nam podwózkę do domu 🙂
Tak, to już koniec przygody.

6

PS Warto dodać, że trzy dni później odzyskałam telefon z pomocą jakichś życzliwych pasażerów, którzy oddali go kierownikowi pociągu. Dziękuję Wam!

Basia Perek, Wrocławskie Ognisko Młodych Przewodniczek im. św. Józefiny Bakhity

Dodaj komentarz